Chciałam tylko poinformować, że zmieniło się imię głównej bohaterki. Nie jest już Chan Lee Yu, a Lee Chae Rin.
Przepraszam za zamieszanie i zapraszam do przeczytania kolejnego rozdziału :)
Jeśli zauważyłaś/eś błąd, literówkę, brak przecinka, proszę, poinformuj mnie o tym.
~*~
Na dworze zapadł już mrok, kiedy opuszczałam pracę i kierowałam się do miejsca umówionego z Ryu Lin Yoon. Wieczór był wyjątkowo piękny. Niebo oczyściło się, pomimo nieciekawej pogody. Sklepowe witryny oświetlały wszystko dookoła kolorowym blaskiem. Ulice opustoszały, więc panował względny spokój. Westchnęłam głęboko i wyciągnęłam telefon. Drżącą dłonią napisałam wiadomość.
Będąc na odpowiedniej ulicy zwolniłam krok. Widziałam już z daleka dziewczynę, która siedziała przy stoliku pod samym oknem. W dłoniach trzymała telefon, a na jej twarzy lśnił uśmiech, ale nie taki, jakim zawsze mnie obdarzała. To był szczery wyraz twarzy. Stwierdziłam, że dam ciemnowłosej jeszcze chwilę spokoju. Wstąpiłam do pralni, znajdującej się niedaleko kawiarni. Podeszłam do kasy, jednak za ladą nikogo nie zastałam. Rozejrzałam się dookoła. Lokal nie powalał wielkością, czy też wystrojem. Ściany koloru wręcz szpitalnej bieli były troszkę ubrudzone. Po prawej stronie od drzwi stała kremowa kanapa, a nad nią wisiał obraz, który w odcieniach szarości, wcale nie nastrajał pozytywnie. Światło w pralni było mętne, wręcz męczyło, przez co chciałam stamtąd, jak najszybciej wyjść. Mój wzrok wyłapał mały dzwonek na samym końcu lady. Bez zastanowienia podeszłam do niego i nacisnęłam kilka razy. Usłyszałam szamotaninę w pomieszczeniu, które znajdowało się za zamkniętymi drzwiami, odgrodzonymi ode mnie blatem. Po chwili moim oczom ukazał się starszy mężczyzna. Staruszek garbił się, sprawiając wrażenie niższego, niż w rzeczywistości, wyprostowany mógł być mniej więcej mojego wzrostu (nie żebym ja była nie wiadomo, jak wysoka - osobiście uważam, iż 163 cm to nie za wiele), jego głowę pokrywały srebrne wręcz włosy, gdzieniegdzie błyszczące już bielą, twarz miał promienną, ale czas nie podziałał na nią korzystnie. Podszedł do blatu powolnym krokiem, podpierając się laską.
- Witam, jak mogę panience pomóc? - odrzekł lekko zachrypniętym głosem.
- Chciałabym prosić o wyczyszczenie mojego mundurka - odpowiedziałam, kładąc przed sobą siatkę z ubraniem.
Mężczyzna wyciągnął lekko drżącą rękę w stronę szeleszczącego przedmiotu. Po chwili rozłożył przed sobą ubrudzony sokiem mundurek mojego liceum. Zmarszczył czoło i podrapał się po głowie.
- Na kiedy panienka potrzebuje ten strój?
Już miałam odpowiedzieć, że na jutro, gdy przypomniałam sobie, iż tak naprawdę, już nigdy nie będę go potrzebowała. Nigdy więcej nie pojawię się w tej szkole jako uczennica.
- Obojętnie, ma pan nieograniczony czas na doprowadzenie go, chociaż po części, do stanu początkowego - rzekłam, posyłając w stronę mężczyzny uśmiech.
- Będzie gotowy za trzy dni. Obiecuję, że zrobię wszystko, by była panienka zadowolona z efektu. To przecież moja praca - posłał mi grymas, który zapewne miał być uśmiechem, po czym zniknął za drzwiami, którymi przyszedł.
Opatuliłam się cieplej bluzą wychodząc z pralni. Spędziłam w niej może z dziesięć minut, jednak w tym czasie na niebie zdążyło pokazać się już bardzo dużo gwiazd, a nad moją głową górował srebrzysty księżyc. Chowając ręce do kieszeni, skierowałam się ostatecznie w stronę umówionego miejsca. W momencie, gdy przekraczałam próg kawiarni, usłyszałam dźwięk wiadomości.
Ryu Lin Yoon: Nie mam całego wieczoru.
Nie odpisując po prostu podeszłam do stolika, przy którym zasiadała dziewczyna. Nie patrząc na nią jeszcze, przewiesiłam kurtkę przez oparcie krzesła, a następnie usiadłam na nim. Kładąc ręce na kolanach w końcu podniosłam wzrok na brunetkę. Przyglądała mi się podejrzliwie ze skrzyżowanymi ramionami. Trochę się denerwując, postanowiłam odwlec chwilę rozmowę z moją dręczycielką. Bałam się usłyszeć prawdę.
- Zamówiłaś już coś, czy może chciałabyś żebym to ja... - nie było dane mi dokończyć.
- Do rzeczy, Lee Chae Rin. Nie mam najmniejszej ochoty tu z tobą siedzieć, więc sprężaj się z łaski swojej.
- Dlaczego...? - rzuciłam w jej stronę to jedno pytanie, trochę bezmyślnie i aż zanadto przepełnione żalem. Miałam ochotę walnąć się z otwartej dłoni w czoło.
- Co "dlaczego"? - spytała dziewczyna, szczerze zaskoczona.
Wzięłam głęboki oddech. Dłonie nieznacznie zaczęły mi drżeć, a w głowie miałam totalną pustkę. Nie wiedziałam, jak sformułować pytanie, by nie zabrzmiało ono żałośnie. Szukając odpowiednich słów, robiłam wszystko, byleby nie złapać ponownego kontaktu wzrokowego z Lin Yoon. Rozejrzałam się po kawiarni. Atmosfera była przytulniejsza, niż z zewnątrz mogłoby się zdawać. Ściany w odcieniach krwistej czerwieni z ciemnobrązowymi wstawkami. Stoliki i krzesła w podobnym kolorze, a na każdym lśnił promyczek świeczki. Na samym końcu pomieszczenia znajdował się kominek, a wkoło niego, w bezpiecznej odległości leżały poduszki, a na nich dwójka dzieci, które zahipnotyzowane patrzyły w ogień. Na ziemię sprowadziło mnie przepełnione irytacją chrząknięcie.
- Dlaczego od gimnazjum, tak bardzo mnie nienawidzisz? - powiedziałam, siląc się na beznamiętny ton.
- Od gimnazjum? Żartujesz? Ja cię nienawidzę od kiedy pojawiłaś się w Korei - usłyszałam, a słowa te wywarły na mnie niemały szok, jednak nie okazałam tego.
- Powód. Podaj mi każdą sytuację, którą zasłużyłam na takie traktowanie.
- Jesteś inna. Powinnaś się spodziewać, że ludzie nie lubią, gdy ktoś się wyróżnia. Nie codziennie spotyka się pół Koreankę i pół Niemkę - powiedziała.
- Moja matka jest z Polski - poprawiłam ją.
- JAKIE TO MA ZNACZENIE?! - warknęła nagle - Nie jesteś Koreanką, nie pasujesz tu! Nigdzie nie pasujesz! Nigdy nie powinnaś tu przyjeżdżać!
Każde jej słowo raniło moje serce bardziej, niż to pokazywałam. Zacisnęłam dłonie w pięści i zagryzłam zęby. Zamrugałam szybko, gdy poczułam gorące łzy w oczach. Nie miałam zamiaru się przed nią rozkleić. Nie, kiedy mówiła prawdę, a ja byłam zmuszona przyznać jej rację. Nigdzie nie pasowałam. Gdzie powinnam w takim razie być?
- Zniszczyłaś wszystko, gdy się pojawiłaś. Odebrałaś mi wszystko, co było dla mnie ważne! - krzyczała coraz bardziej histerycznie, przez co ludzie patrzyli zaciekawieni w naszą stronę - Zabrałaś mi przyjaciela, ty głupia idiotko! - po jej twarzy zaczęły spływać łzy.
- Że co? - spytałam zszokowana.
- Zabrałaś mi Woo Bina... - dokończyła już szeptem. Patrzyłam na nią zszokowana. Przez moją głowę przeszła jedna myśl.
Jednak zasłużyłam.
~*~
Moja przeszłość może i nie była zbyt kolorowa, ale jakoś nigdy się nad nią bardziej nie zastanawiałam. Nie znalazłam się też jeszcze w sytuacji, w której narzekałabym na to, co mnie spotkało. Do Korei przeprowadziłam się w wieku dziesięciu lat. Zostałam zaadoptowana przez trochę już wiekową i ubogą kobietę. Do dnia dzisiejszego nie wiem, co mogło ją natchnąć, żeby przygarnąć dziecko z polskiego domu dziecka. W każdym razie zamieszkałam z nią w skromnie urządzonym domku na dachu, na nic więcej nie było jej stać. Wiele razy mnie za to przepraszała, jednak moim zdaniem wszystko było, jak należy, w końcu byłam szczęśliwa. Do momentu, kiedy kobieta zmarła... Byłam wtedy w 1 klasie liceum i wywarło to na mnie niesamowity szok, bo zmarła nagle, jak gaśnie świeca. W jednej chwili była, a chwilę później znalazłam się na jej pogrzebie. Cała sytuacja bardzo mnie przygnębiła.
Parę dni po pochowaniu mojej opiekunki, znalazłam list, dokumenty i pieniądze. Słowa napisane przez nią wskazywały, że w dokumentach znajdują się informacje o mojej przeszłości, czego byłam zawsze bardzo ciekawa.
Moja matka przeprowadziła się do Korei, gdzie wdała się w romans z wysoko cenionym urzędnikiem. Kiedy dowiedziała się, że zaszła w ciążę, uciekła od mężczyzny i zamieszkała u znajomej rodziny - państwa Lee (po których, swoją drogą, mam nazwisko). Po paru miesiącach otrzymała informację o samobójstwie kochanka. Kto przekazał jej wiadomość? Nie kto inny, jak sama żona mężczyzny. Zrozpaczona, nie tylko przez jego śmierć, która, jak się okazało, była spowodowana wielką miłością do mojej matki, ale również z powodu zdrady.
W momencie, gdy skończyłam trzy lata, kobieta, która sprowadziła mnie na świat, uciekła. Tak, uciekła i zostawiła mnie z państwem Chan, którzy niewiele później zmuszeni byli oddać mnie do seulskiego domu opieki, gdyż nie mieli wystarczających środków na moje utrzymanie. W Seulu spędziłam niecały rok, by następnie zostać wysłaną do Polski, gdyż samotnych dzieci było w Korei coraz więcej, a ja mogłam znaleźć miejsce za granicą, z powodu polskich korzeni. Tam wszystko się zaczęło.
Od kiedy pamiętam, byłam dzieckiem ciekawym świata i szybko się uczącym. Mając cztery latka nie chciałam, by umiejętność porozumiewania się po koreańsku u mnie zanikła, więc z pomocą opiekunek z domu dziecka znalazłam korespondencyjnego przyjaciela. Kto nim był? Oczywiście nie kto inny, jak Park Woo Bin. Pisaliśmy do siebie przez następne 6 lat, w czasie których on uczył mnie koreańskiego, a ja go troszkę polskiego. Później, jak już wspominałam, zostałam zaadoptowana. Jednak, to nie koniec niespodzianek, gdyż okazało się, że mój dom znajduje się zaraz obok domu Woo Bina i to było godne przypieczętowanie naszej przyjaźni.
Co się stało z moją matką? Nie wiadomo, w dokumentach widnieje zaginięcie.
Co się stało ze mną, po śmierci opiekunki? Po cichu żyłam w naszym domu, by nie trafić z powrotem do domu dziecka. Zatrudniłam się w trzech miejscach i pracowałam na własne utrzymanie, ledwo wiążąc koniec z końcem.
Mimo tego wszystkiego, byłam szczęśliwa.
~*~
- Dopóki nie przyjechałaś, to ja spędzałam z Woo Binem każdą wolną chwilę. Jednak, gdy się pojawiłaś, był tak zauroczony tobą, że totalnie mnie zlał. Nie jestem typem osoby, która gania za ludźmi, więc zignorowałam go, będąc pewną, że wróci z podkulonym ogonem. Ale on nie wrócił... Poprzysięgłam sobie, że nie dam ci żyć spokojnie - powiedziała, gdy atmosfera się trochę uspokoiła. Wcześniej była tak gęsta, że można by ją kroić, niczym tort.
- Przepraszam... - nie wiedziałam, co więcej mogłabym powiedzieć.
- Nie chce twoich żałosnych przeprosin. Chcę tylko, żebyście oboje zniknęli mi z oczu. Obojga was nienawidzę w takiej samej mierze - usłyszałam, gdy dziewczyna wstawała z krzesła.
Chciałam coś jeszcze powiedzieć, ale odpuściłam, gdy Lin Yoon wybiegła z kawiarni. Opadłam na krzesło i siedziałam skołowana. Serce mnie bolało i nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Do stolika podeszła chudziutka kelnerka, która spytała, czy może nie zawołać karetki, gdyż wyglądam blado. Zaprzeczyłam i poprosiłam tylko o latte na wynos. Wzięłam kawę i zakładając słuchawki, jak najszybciej opuściłam lokal.
Westchnęłam zrezygnowana, gdy poczułam krople deszczu na twarzy.
- Ta pogoda mnie wykończy - szepnęłam sama do siebie.
Słuchając muzyki, szłam przed siebie człapiąc nogami i patrząc w mokry chodnik. Pozwoliłam w końcu sobie na chwilę załamania, moje łzy mieszały się z deszczem. Poczułam, że żołądek mi się ściska i dotarło do mnie, że ostatnio jadłam przed wyjściem do pracy.
Niedaleko od mojego domu znajdował się sklep wielobranżowy. Wstąpiłam do niego i zamówiłam ramen. Odebrałam zamówienie i ruszyłam powoli do stolika na zewnątrz. Nie było tam parasola, ale i tak moje ubrania przemokły do suchej nitki, więc nie zwróciłam na to uwagi. Opadłam na krzesło i zabrałam się do jedzenia, a gdy skończyłam, po prostu położyłam się głową na rękach i poszłam spać. Nie wiem, jak długo trwałam w tej pozycji, ale obudziłam się, kiedy już nie padało. Przede mną siedział tajemniczy chłopak, który wydawał mi się znajomy, i wpatrywał się we mnie dokładnie. Wzięłam go za podejrzanego, więc wyprostowałam się i rozejrzałam za jakąś żywą duszą, która mogłaby mnie uratować z opresji. Jak na złość, nikogo nie było.
Gdy znów na niego spojrzałam, posłał mi cudowny uśmiech, który na pewno sprawiłby, że pocałuje chodnik, ale na szczęście siedziałam.

OK przyszłam cie zhejcić ! Ale...nie moge wymyślić nic dobrego bo ten rozdział jest świetny ! :D Więc hejce cie za to , że nie moge znaleźć hejtu xd Naprawde fajny styl pisania i nie powiem akcja z Lin Yoon i powód jej nienawiści do głównej bohaterki zaskoczył mnie :D Pisz dalej i czekam na ciąg dalszy <3
OdpowiedzUsuń