wtorek, 12 stycznia 2016

제 VI 장

Przed rozpoczęciem czytania proponuję włączyć tę piosenkę:


Pisałam rozdział słuchając jej i stała się ona źródłem mojej inspiracji.
Myślę, że nastrój i tekst tego utworu idealnie oddają emocje dzisiejszej części.
Mam nadzieję, że miło spędzicie czas w towarzystwie moich bohaterów :)
Zapraszam do komentowania!

~*~

{{ Lee Ji Hyuk }}

"Jestem sparaliżowany 
Gdzie są moje uczucia?
Już więcej nic nie czuję
Wiem, że powinienem
Jestem sparaliżowany 
Gdzie jest prawdziwy ja?
Jestem zagubiony i to mnie zabija - w środku
Jestem sparaliżowany"

~ NF - Paralyzed

        Społeczeństwo myśli, że piękni i bogaci mają życie różami usłane. Uważa, że wszystko mamy podłożone pod nos, gdy tylko kiwniemy palcem. Jednakże to głupie kłamstwo. Każdy krok, jaki wykonujemy musi być przez nas poważnie przemyślany. Małe potknięcie, a szacunek, bogactwo oraz status mogą zostać przekreślone w ułamku sekundy. W tym świecie nie ma miejsca na pomyłki, gdyż wizerunek rodzin obdarzonych zaufaniem ludzi jest najważniejszym, co mamy. Owszem, zważamy na pieniądze, często zgubnie się w nich zatracając, ale nie one nie grają większej roli, chociaż dają władzę. To, co jest przyszłością dalszego bogactwa i wpływów, to dzieci. Narodzone, by zostać spadkobiercami rodzinnych firm, które przyniosły sławę i chwałę rodowi o danym nazwisku. Mało kto orientuje się jednak, że za tym idzie ogromna odpowiedzialność, która niejednokrotnie przerasta młode pokolenia. Od najmłodszych lat uczymy się zarządzania i kierowania ludźmi. Jesteśmy zrodzeni do bycia liderami. Kreuje się z nas maszyny, które zaprogramowane są na oddanie życia za sprawny rozwój biznesu. Zmuszanie do małżeństw, które łączą dwie wielkie korporacje lub spółki, etc. Tu nie ma miejsca na uczucia, każdy młody człowiek jest ich skutecznie pozbawiany.

D L A T E G O   S I Ę   Z B U N T O W A Ł E M.

        Nigdy nie chciałem taki być, jednak jako dziecko nie rozumiałem powagi sytuacji. Rodzice niezawodnie odcinali mnie od rówieśników, uniemożliwiając zawarcie jakichkolwiek znajomości, a tym bardziej przyjaźni. Przez nich stałem się oschłym, aroganckim i egoistycznym draniem. Zostałem wychowany według narzuconych z góry szablonów idealnego dziecka chaeboli*. Poskutkowało to tym, iż po drodze zgubiłem siebie - zostałem niczym i z niczym. Bezużyteczna marionetka podatna na wpływy. Takie realia panowały i panują w moim świecie. Kim w takim razie byłem? Nie wiem. Jednak będąc w liceum postawiłem sobie za cel, by się tego dowiedzieć. Młodzi ludzie powinni buntować się przeciwko dorosłym, którzy zmarnowali swoje życie w "szczytnym celu" i próbują przejąć władzę nad bytem egzystencjalnym własnych dzieci, by zmienić je w równie bezwartościowe. Przestałem się z tym zgadzać.
        W połowie drogi donikąd skręciłem gwałtownie na środku skrzyżowania, wzbudzając tym falę nienawistnych krzyków i trąbień klaksonów. Ignorując to, zawróciłem i przyspieszyłem, znacznie przekraczając dozwoloną w tej części miasta prędkość. Mając przed oczami zszokowany i zrozpaczony wyraz twarzy Chae Rin z trudem opanowywałem się, by czegoś nie rozwalić. To, jak upadła na kolana, by następnie zanieść się łzami. Coś mnie ruszyło, a w uszach pobrzmiewały jej ostatnie słowa: "Nie zadaję się z kłamcami".
        Dlaczego byłem takim kretynem i nie powiedziałem jej o wszystkim? 
        Dlaczego skłamałem? 
        Dlaczego, do cholery, nie zbyłem wtedy pytania blondynki? 
        Mogłem rozegrać to na wiele innych sposobów i uniknąć takiego stanu rzeczy. Czułem, że w moim skamieniałym sercu pojawia się pęknięcie.
        Czyżby ta dziewczyna zaczęła burzyć mury, jakie wybudowałem w sobie, by bronić się przed rzeczywistością? 
        Tyle pytań kotłowało się w mojej głowie, a mnie roznosił fakt, że nie mam na nie odpowiedzi. Próbowałem zdusić w sobie wściekłość, ale stało się coś totalnie przeciwnego. Zdecydowałem się pojechać na to zebranie, bo w końcu zdobyłem moc, by coś powiedzieć. Nie obchodziły mnie konsekwencje, które miały nastąpić po wcieleniu tego celu w życie. Szczerze mówiąc, na nic nigdy nie zwracałem uwagi. Wedle z zamierzeniem ludzi, którzy mnie wychowywali, zostałem nastolatkiem nieumiejącym czuć czegokolwiek. Obojętność stała się moim drugim imieniem i wszyscy, którzy w jakimś stopniu znali człowieka o nazwisku Lee Ji Hyuk, zdawali sobie z tego sprawę. Spotkanie Lee Chae Rin tknęło we mnie coś, przez co sam się zdziwiłem. Wydawało mi się, że nigdy nic nie poczuję i nagle na mojej drodze stanęła ona, budząc jakąś część w mojej duszy, o której nie miałem zielonego, a nawet czerwonego pojęcia. Skłamałbym mówiąc, że to było potężne uczucie, wręcz przeciwnie. Kiedy ujrzałem ją bezbronną, mokrą i leżącą z głową na stoliku przed zwykłym sklepem wielobranżowym, w uszach usłyszałem niewielkie pyknięcie, jakby koło mnie pękła maleńka bańka mydlana. Wraz z tym dźwiękiem moje serce przyspieszyło i nie było możliwości, bym minął ją obojętnie. Zaintrygowany tym, co się ze mną działo, zapragnąłem zbliżyć się do osoby, która prawdopodobnie przyczyniła się do tego, iż dusza, którą nosiłem, przebudziła się. Chciałem, żeby była blisko, jeśli będę się tak czuł i nie miałem wątpliwości, co do tego, że tak się stanie. Zawsze dostawałem to, czego zapragnąłem. Szkoda, że nie wiedziałem, że tym razem się przeliczę...

~*~

        Podjechałem pod budynek, w którym miało odbyć się zebranie. Zdjąłem kask i zeskoczyłem z motoru, by następnie podwinąć rękaw i sprawdzić godzinę. Było grubo po rozpoczęciu obrad, ale miałem to w naprawdę głębokim poważaniu. Otworzyłem siedzenie mojego dwukołowego skarbu i wyciągnąłem piwo. Pozbyłem się kapselka i wziąłem kilka dużych łyków, a następnie odstawiłem resztę alkoholu niedaleko motoru. Czułem, jak ciepło trunku rozchodzi się po moim ciele. Uśmiechnąłem się do siebie i chowając ręce do kieszeni ruszyłem w stronę wejścia. Fotokomórka dostrzegła mnie i ruchome drzwi rozchyliły się, pozwalając mi wejść do środka. Skierowałem się do recepcji.
        - W jakiej sali odbywa się konferencja akcjonariuszy prowadzona przez prezesa Lee Jae Jonga? - rzuciłem sucho w stronę zapatrzonej w monitor recepcjonistki.
        Nie obdarzyłem jej nawet spojrzeniem, ale widziałem, że ona nie zamierza zrobić tego samego. Mierzyła mnie od głowy do stóp, nie siląc się na subtelność. Zakaszlałem znacząco, że czekam na odpowiedź. Odchrząknęła i skierowała wzrok najpierw na moją twarz, a następnie z powrotem na komputer.
        - Zebranie rozpoczęło się pół godziny temu, nikt nie może wejść tam aż do zakończenia - powiedziała wypłukanym z emocji tonem.
        Odetchnąłem głęboko czując, jak wyparowuje ze mnie cierpliwość. Spojrzałem na nią w końcu z pogardą i odrzekłem, przesłodzonym do granic możliwości, głosem:
        - Nie chcesz, żebym stracił możliwość udziału w tym zebraniu. Jeśli chcesz być zrujnowana, to spoko, nie mów mi. Jednak nie zapominaj, że ostrzegałem.
        Odepchnąłem się pewnie od blatu recepcji i ruszyłem drzwi. Za plecami usłyszałem szamotaninę i huk upadającego krzesła. Dziewczyna przeklęła pod nosem, a następnie truchtając na zdecydowanie za wysokich szpilkach, wyprzedziła mnie. Zagrodziła mi drogę stając twarzą w moją stronę. W jej oczach dostrzegłem cień przerażenia.
        - Zaprowadzę pana, panie...
        - Lee Ji Hyuk. Nazywam się Lee Ji Hyuk.
        Oczy recepcjonistki rozszerzyły się jeszcze bardziej i ponownie zostałem zmierzony jej wzrokiem. Najwidoczniej w telewizji wyglądałem inaczej niż w rzeczywistości, bo ludzie mieli wyjątkowy problem z rozpoznaniem mnie. Zaśmiałem się.
        - Prowadź.
       Ruszyliśmy szybkim krokiem w kierunku korytarza mieszczącego się na przeciwko recepcji. Był dosyć długi, a po obu jego stronach mieściły się rzędy drzwi w kolorze ciemnego drewna. Ściany utrzymane w kolorze sterylnej bieli stwarzały aurę chłodu i samotności. Po plecach przebiegł mi dreszcz. Skręciliśmy w prawo, lądując w identycznie wyglądającym korytarzu, tylko, że na jego końcu mieściły się schody.
        - Musi pan iść schodami do góry. Znajduje się tam króciutki korytarz z jednymi drzwiami na końcu. Tam odbywa się konferencja - usłyszałem stonowany i opanowany już głos dziewczyny zza lady.
        Nic nie odpowiadając wszedłem po schodach i szybko przemierzyłem korytarz. Stojąc już pod drzwiami zastanawiałem się, jak właściwie powinienem to rozegrać. Stałem tak dobrych kilka minut, aż w końcu zdecydowałem się iść na żywioł. Byłem mistrzem improwizacji. Zdecydowanym i płynnym ruchem nacisnąłem klamkę, by następnie otworzyć drzwi na całą ich szerokość. Dotarło do mnie, że alkohol w końcu znalazł wejście do mojego umysłu, przez co zaczęło kręcić mi się w głowie. Nie zwracając na to uwagi przekroczyłem próg pomieszczenia. Zaśmiałem się na widok tych wszystkich elegancko ubranych ludzi, którzy skołowani patrzyli na mnie, myśląc sobie, że skandalem jest, iż to ja mam przejąć firmę. Mój śmiech odbił się od ścian, a ja podszedłem do jedynego wolnego krzesła przy stole. Oczywiście oznaczone było moim imieniem, gdyż przeznaczone było dla mnie. Odsunąłem je i wszedłem na nie, by następnie postawić obie nogi na stole. Zacząłem chodzić w tą i w tamtą rozkopując wszystkie dokumenty, które wpadły mi pod stopy. Nikt nie odważył się zareagować. Zapewne dostrzegli mój nie do końca trzeźwy stan, a wszyscy dobrze wiedzieli, że wtedy nie wchodzi mi się w drogę.
        - Myślicie, że kim jesteście? Prowadzicie tu sobie interesy, podczas gdy waszego przyszłego prezesa nie ma w kręgu obecnych? Wy chyba naprawdę jesteście niepoważni. Poza tym - w tym momencie moje spojrzenie skierowało się na Chan Ji i jej "chłopaka". Kretynka, jako jedyna nie wiedziała, że on ma ją gdzieś - co ona tu robi z tym draniem? Nic mi nie wiadomo o porozumieniu z hotelami Diamond Rose, więc niech on stąd wyjdzie!
        Dziewczyna spojrzała na mnie nienawistnym wzrokiem. Uśmiechnąłem się podle i mój wzrok powędrował nastolatka siedzącego u boku dziewczyny. Patrzył mi w oczy, jednocześnie krzyżując ramiona. Toczyliśmy wojnę na spojrzenia, a oboje byliśmy nieugięci, więc to mogło trwać i trwać.
        - Spieprzaj stąd. Nie chcę cię tu dłużej widzieć. Zabierz ją ze sobą - wysyczałem przez zęby, kiwając głową w stronę siostry.
        Wtedy stało się coś, czego nigdy, nawet w najśmielszych snach, nie mógłbym sobie wyobrazić. Chan Ji weszła na stół tą samą drogą, co ja, a następnie stanęła naprzeciwko mnie. Nim się obejrzałem i zarejestrowałem całe zajście, poczułem okrutny ból promieniujący z lewej strony mojej twarzy. Zapiszczało mi w uszach i zatoczyło mną do tyłu, przez co omal nie spadłem ze stołu.
        - A ty myślisz, że kim jesteś?! - warknęła Chan Ji - Wpadasz tu nie wiadomo skąd, a żeby tego było mało, to jeszcze pod wpływem alkoholu i rozstawiasz ludzi wyższych doświadczeniem po kątach. Gdzie twój szacunek, draniu? Myślisz, że teraz, kiedy w oficjalnych dokumentach na właściciela firmy brzmi twoje nazwisko, to możesz robić, co ci się żywnie podoba? 46% akcji na twoim koncie w ułamku sekundy może zostać podzielone między ludzi, którzy na to zasługują!
        Zatkało mnie. Ta drobna dziewczyna właśnie powiedziała najmądrzejsze słowa w swoim życiu, dając mi przy okazji w twarz. Zawsze byłem przekonany, że nie jest zbyt bystra, w przeciwieństwie do mnie (skromnie Ji Hyuk XD). Jej wywód powalił mnie na kolana i odebrał mowę. Pierwszy raz w życiu miałem ochotę zaklaskać swojej o 4 minuty młodszej siostrzyczce, ale sytuacja była na tyle napięta, że się powstrzymałem. W czasie, gdy mój odurzony mózg analizował to, co właśnie zarejestrowały uszy do sali konferencyjnej wkroczyło dwóch mężczyzn w czarnych garniturach. Mieli na nosach okulary przeciwsłoneczne, a w uszach słuchawki. Rozejrzeli się po pomieszczeniu i kiedy ich wzrok padł na mnie, podbiegli do stołu, a następnie ciągnąc moje ramiona, ściągnęli na ziemię. Zacząłem się oczywiście wydzierać i wyrywać, ale na nic się to nie zdało. Podprowadzili mnie na koniec stołu i nadal trzymając postawili przed ojcem.
        - Kluczyki - warknął i wyciągnął dłoń w moją stronę. Prychnąłem z kpiną - KLUCZYKI, JI HYUK - powiedział pewniej, co skłoniło mnie, bym jednak oddał mu to, czego chciał.
        - Wracasz do domu. Nigdzie nie wychodzisz. Nie dzwonisz. Nic. Czekasz tam na mnie i porozmawiamy, jak wrócę. A teraz wynoś się stąd - rzucił w moją stronę, a ja nim się obejrzałem, wylądowałem w samochodzie wiozącym mnie do domu.

~*~

        - Mam dość twoich szczeniackich wybryków, Ji Hyuk - usłyszałem, a następnie kolejny cios został wymierzony w moje plecy. Syknąłem z bólu.
        - To sobie miej - zakpiłem. Byłem w stanie mu odpyskować, ale żeby powstrzymać go przed biciem mnie, nie miałem odwagi. 
        - Żarty się skończyły, ty szalony draniu. Pozwalałem ci ignorować szkołę ze względu na prywatne lekcje z zarządzania, ale moja cierpliwość się skończyła. Od poniedziałku wracasz do szkoły, a jeszcze jeden taki numer i skończysz za granicą. Dorośnij w końcu - bambusowy kij spadł na moje plecy jeszcze kilka razy. Nic już nie powiedziałem, odpuściłem. Zamroczony bólem nie mogłem do końca trzeźwo myśleć, ale dotarł do mnie jeden fakt. 

Król wraca na stare śmieci.
Mam przechlapane.

Zdjęcie nie jest nawiązaniem do wyglądu Lee Ji Hyuka. 

*chaebole - osoby posiadające duże zasoby finansowe, czyt. bogacze; w kontekście opowiadania mam na myśli poprostu bogatą rodzinę.

3 komentarze:

  1. Cudowny jak zwykle. Już nie mogę doczekać się powrotu Ji Hyuka do szkoły.
    Jestem ciekawa, co się działo w jego szkole, kiedy jeszcze do niej chodził?
    Dużo weny i wgl. ♥♥♥

    OdpowiedzUsuń
  2. Pięknie kurna pięknie feelsy mnie zniszczyły a ty sobie śmieszkujesz i w takim momencie urywasz opo ?! Zabić to mało zią -_- jak nie dasz szybko kolejnego rozdziału to kotami poszczuje.

    OdpowiedzUsuń
  3. Matko siwonowa, jak mi go szkoda ; ; Jednak dalej nie zmienia to faktu, że nie wybaczam mu kłamstwa przed Chae Rin, no ale...
    I oczywiście czekam na więcej!^^ Hwaiting!
    /Kim Yuno

    OdpowiedzUsuń